powrót do pierwszej strony

                                                                O Czyszkach jak kto może , jak kto umie.

 

Wypędzeni z własnej ziemi

Spośród wszystkich lat wojny i lat, które poprzedziły masowe a wymuszone opuszczenie Małopolski Wschodniej przez większość Polaków a zapoczątkowane zostało to w roku 1939 po niespodziewanej napaści Związku Radzieckiego na Polskę a dla mieszkańców okolic Lwowa w dniu 22 września po kapitulacji Lwowa. Wszystko co wydawało się tak trwałe przez setki lat utracono w ciągu niewielu dni tego tragicznego miesiąca . Głęboki kontrast między latami spokoju i wolności a miesiącami okupacji i nieustannej obawy przed wywozem czy aresztowaniem pogłębiał w mieszkańcach tej ziemi zaskakujące przeciwności życia na które nikt nie był przygotowany. Z polska zaradnością i odwagą starano się przeciwstawić temu co było nam obce i nieprzyjazne. Walka była z góry przegrana albowiem Ci, którzy mienili się naszymi „sojusznikami” i „sprzymierzeńcami” w lutym 1945 roku na konferencji w Jałcie podarowali część Polski Stalinowi jak swoją własność. „Historia kołem się toczy” a tęsknota za kresami jest tak dalece zakorzeniona w mentalności Polaków że można zadać pytanie „tylko na jak długo”.
W połowie roku 1945 wojna już się skończyła lecz na kresach ukraińcy byli nadal w stanie wojny z mieszkańcami tych ziem mordując Polaków, paląc ich domostwa i rabując dobytek. Wszyscy mieszkańcy Czyszek  postanowili wyjechać na zachód. Nie było to łatwe, całe pokolenia ich rodzin mieszkały w Czyszkach, ksiądz czyszecki i wszyscy mieszkańcy to jak jedna rodzina, tam było im dobrze, tu dorastali, żyli, umierali. Jakże ciężko było im zostawić ukochaną krainę, dom, kościół, groby najbliższych . Ale też los był nieubłagany, zostać nie było sensu wybór był tylko miedzy życiem a śmiercią i to w wielu przypadkach w mękach. Aby zachować namiastkę swej małej ojczyzny osiedlali się w grupach po kilkanaście rodzin w różnych miejscowościach.  Marzyli o powrocie  i śnili o Czyszkach, pisali wiersze, śpiewali piosenki i pisali wspomnienia.

Większość mieszkańców Czyszek osiedliła się na „ziemiach odzyskanych” w miejscowościach leżących blisko siebie , pomagali sobie wzajemnie w biedzie i radościach. Traktowali się jak jedna rodzina mimo odległości jaka dzieliła poszczególne wsie i miejscowości. Tęsknota za rodzinną wsią towarzyszyła  Czyszanom od chwili wygnania. Dowody tęsknocie dawali przez piosenki i wiersze.

 

Wiersze poniższe  przesłała pani Helena Kokot z Radymna - wiersze bez tytułu

O mamo w trzy oczy

Z uśmiechem do mnie mów

Ta krew co z piersi broczy

Ta krew to za nasz Lwów

 

Ja biłem się tak samo

Jak starsi mamo chwal

Tylko mi Ciebie mamo

Tylko mi Polski żal

 

Z prawdziwym karabinem

U pierwszych stałem czat

O nie płacz za swym synem

Co za ojczyznę padł

 

Z krwawą na piersi plamą

Od chwały dumny w dal

Tylko mi Ciebie mamo

Tylko mi Polski żal

 

O mamo czy jesteś ze mną

Nie słyszę twoich słów

W oczach mi trochę ciemno

 

Obroniliśmy Lwów

Zostaniesz biedna sama

Baczność za Lwów cel pal

Tylko mi ciebie mamo

Tylko mi Polski żal

-------------------------------------------------

Mamo najdroższa bądź zdrowa

Do braci idę w bój

Twoje uczyły mnie słowa

Nauczył przykład twój

 

Pisząc te słowa Jurek drżał cały

Gdyż w mieście walczył wróg

Huczą armaty brzmią strzały

Lecz Jurek nie znał trwóg

 

Wymknął się z domu biegł śmiało

Gdzie braci szereg stał

Chwycił karabin w dłoń małą

Wymierzył celny strzał

 

Toczy się walka zacięta

W obfity śmierci plon

Biją się Lwowskie Orlęta

Ze wszystkich miasta stron

 

Bije się Jurek w szeregu

Cmentarnych broni wzgórz

Krew się czerwieni na śniegu

Lecz cóż to krew ach cóż

 

Jurek na chwilę upada

Lecz znów podnosi się

Pędzi gdzie wrogów gromada

Do swoich wciąż się rwie

 

Rwie się lecz pada znów

O mamo nie płacz nie

Niebios przeczysta Królowo

Ty dalej prowadź mnie

 

Żywi walczyli do rana

Do złotych słońca zórz

Ale bez Jurka Biczmana

Bo Jurek poległ już

Opis wsi i budowy domu  - z listu Kazimierza Łamasza z Walawy  w 2005 r. do autora

 

Kazimierz Łamasz syn Walentego i  Józefy Tas  urodzony 3.07.1933 r. w Czyszkach k/Lwowa. Po wywiezieniu z Czyszek  26 października 1945 r.  osiedlił się z rodzicami w Sośnicy gdzie oboje rodzice zmarli . W 1960 roku przeprowadza się do Walawy gdzie mieszka z żoną Antonina i synem Janem.

Od wschodu Czyszki graniczyli z Czyżykowym. Od zachodu z miasteczkiem Winniki a od północy z Podberejsecami. Od południa z Mitrowicami. Wioska ciągnęła się od zachodu do wschodu około 0,7 km. Była to wioska jednorzędówka , domy były pobudowane w jednym rzędzie. Od południowej strony ciągnęła się droga nazywana „zagumnim” , nieutwardzona  ona była około 3 km. Dopiero od Kępy Andrzeja do Winnik była utwardzona kamieniami . Od północnej strony wzdłuż wioski płynął sobie potok nazywany złotym potokiem . Wzdłuż potoku była ścieżka nazywana „poza rzeka” , była ona sobie dość szeroką, jak na ścieżkę tak że można było sobie jechać wozem ale ludzie po tej ścieżce wozami nie jeździli gdyż ona była dla pieszych idących do kościoła do Lwowa i dalej.

Rzeka była porośnięta olszynami i wierzbami które rzucały cień latem od południowej strony i nie było tak gorąco iść. Za ścieżką ciągnęły się ogrody na których gospodynie sadzały kapustę, ogórki oraz siały marchew i pietruszkę a wszystko się rodziło gdyż był to czarnoziem torfiasty. Za ogrodami ciągnęły się łąki aż do Podbereźce swą szerokością a ciągnęły się doliną aż do Rosji do miasta Złoczowa. Przez łąki płynęła rzeka Maruńka dzieląc łąki na część Ruską i Polską.

Pięknie łąki wyglądały wiosną , najpierw kwitły kaczeńce tak że wszędzie było żółto. Po kaczeńcach łąka kwitła biało, nazywano to u nas te kwiaty „kaszką”, później w czerwcu łąka kwitła na różowo, nazywaliśmy te kwiaty „smołą”, nie wiem dlaczego , tak się nazywali może mieli zapach smoły. Na łące było dużo gniazd ptasich, którzy swym śpiewem wieczorem i rano uwielbiali swego stwórcę. Wśród nich wyróżniali się derkaczy którzy pięknie dyrkali dyr-dyr-dyr.  Od południowej strony za drogą za gumnim ciągnęły się zagony pól uprawnych czarnego jak pasta urodzajnego czarnoziemu, które były obsiane pszenicą, żytem, owsem i gryką. Bardzo się gryka na czarnoziemie rodziła, była tak duża jak owies druga była po pszenicy. Że się siało dużo gryki to i było dużo pasiek, które obfitowały w miód i ludziom było  się słodko.

Ludność Czyszecka była czystą ludnością polską bez domieszki krwi ruskiej. Czyszanie ubierali się na czarno jak mężczyźni tak i kobiety. Ubiór mężczyzny składał się z czarnych spodni, czarnej marynarki, kamizelki i czarnych butów z długimi cholewami i czarnego kapelusza, uzupełnieniem ubioru była duża parasol.

Kobiety tez ubierali się na czarno w czarne kostiumy, czarne palta, czarne chusteczki w zielone kwiaty i białe chusteczki w czarne kropki . Chusteczki w czerwone róże czy inne kwiaty nie były uznawane. Na nogach nosiły półbuty bokse po czyszeckiemu nazywane mesztami lub trzewiki boksowe z długą cholewą sznurowane. Czyszeckie rodziny były dość liczne wielopokoleniowe. Najmniej rodzina liczyła sobie 7 osób. To jest trójka dzieci, rodzice i dziadkowie a tak przeważnie składała się z  5 lub 7 dzieci , rodziców i dziadków.

Ludzie utrzymywali się z rolnictwa które było bardzo rozdrobnione, tylko z nielicznych rodzin kobiety pracowały w Winnikach w fabryce tytoniu. W jakich zawodach pracowali czyszeccy ludzie, pierwszym zawodem było krawiectwo, drugi szewcy, murarzy, stolarzy i kowali. Inne zawody byli nieliczne , rzadkie.

Jak budowali domy robili drewniany szkielet domu, w ścianach byli powstawiane poziomo drewniane drabiny ze szczeblami, szczebli te nazywali się sztrychule i pomiędzy te sztrychule robili z żytniej prostej słomy i gliny wałki i je zaplatali a później narzucali glinę i wygładzali ściany na gładko i równo. Gdy ściany były gotowe robili dach i kryli słomą żytnią, robili kiczki ze słomy lub plaskacze którymi poszywali dach. Pod przykryciem kiczkami dachu nie potrzeba było pokrywać przez 50 lat a plaskaczami nie trza było poszywać przez 30 lat.

Pod takim przykryciem które nazywało się strzechą można było spać na sianie do grudnia . Gospodynie na takim strychu przechowywały cebulę przez całą zimę i cebula nie zmarzła. Natomiast latem pod takim dachem było czuć chłód można było sobie spać bo nie było gorąco. W środku wioski na pagórku stał kościół i stara kamienna dzwonnica mająca wysokość ze  20 m na której wisiało trzy dzwony duży, średni i mały. Za dzwonnicą od strony południowej były aleje pięknych czerwono i białych róż wśród których stała nowa piętrowa plebania. Za plebanią biegła droga tak zwana za gumniem a za drogą był cmentarz obsadzony świerkami. Nieco dalej trochę niżej było stare probostwo kryte gontami a dalej zabudowania gospodarcze z dużym wiatrakiem o wysokości 50 m. Był on używany do prac gospodarczych i do oświetlenia kościoła, plebani i zabudowań gospodarczych.  Wiatrakiem mielono zborze, rznięto drzewo i sieczkę. Za kościołem od strony wschodniej stała stara organistówka a za nią nowa piętrowa szkoła do której i ja chodziłem się uczyć. W Czyszkach było trzech księży Franciszkanów.  Proboszczem był ks. Aureli a wikariuszami ks. Kwaśniak i ks.Celestyn. Obsługiwali oni trzy kościoły w Czyszkach, Głuchowicach i Czyżykowie.  Do Czyszeckiej parafii należeli następujące wioski Winniczki, Dmitrowice, Głuchowice i Czyżyków. Franciszkani mieli w Czyszkach dwa majątki ziemskie od strony Czyżykowa był folwark a od strony zachodniej od Winnik był dwór.

W 1945 roku 26 października wywieźli nas moskali na stację do Siechowa a z tamtąd drogą kolejową do Polski gdyż w Czyszkach na mojego ojca gospodarstwie ruski zrobili sobie kołchoz. Ojciec był w wojsku i napisał matce żeby daleko na zachód nie jechała gdyż na wiosnę 1945 r.  z powrotem wrócimy do Czyszek jednak tak to się nie stało.”


 

Wiersz Antoniny Łoś z d. Blicharska /1921-2006/ żona Stanisława Łosia. 

Po emigracji zamieszkuje w Wilczynie k.Obornik Śląskich woj. Wrocław. Swoje wiersze publikuje w okręgowej prasie.

 

 

 

 


Tęsknota”

 

Gdzieś daleko hen na wschodzie, koło Lwowa,

Tam gdzie słońce wcześniej wstaje, wśród czereśni i jabłoni,

Tam rozkwitły w moim sadzie wśród tych łąk aksamitnych i pagórków okolicznych.

Jest tam las, jak malowany, a w nim brzozy zapłakane.

Z tego lasu woda płynie, bo tam stoi młyn w dolinie,

Ma on duże wielkie koło, woda spływa nań wesoło.

Miele zboże dużo miele – piękną mąką ludzi dziele.

Jest tam kościół murowany, na kościele krzyż drewniany

I dzwonnica przy kościele, nie zapomni ludzi wiele.

W tym kościele Matuś Boża dobrze wie , gdzie są Jej dzieci,

O nas nigdy nie zapomni, nawet i na tamtym świecie.

Myśmy bardzo ja prosili, żeby nas nie wywozili,

Ale trudno moje dzieci, idźcie tułać się po świecie

I Matuchna nasza tam została w wielkiej sławie,

Teraz innym dzieciom błogosławi.

Czekać na nas będzie w niebie – my wrócimy tam do Ciebie.

Stoi tam też chatka mała, com się ja w niej wychowała,

Matka mnie w niej też tuliła, ty chateńko moja miła.

Och jak przykre są wspomnienia, czasem nawet i zapłaczę,

Że chateńki mojej miłej – ja już nie mogę zobaczyć.

Moja ziemia ukochana pod Lwowem – czarnusieńka,

Milusieńka okołem.

O ziemio stęskniona i łzami zroszona, jak ją tęsknię za tobą.

 

 

 

Teresa Paryna  z d. Łamasz córka Walentego Łamasza /1904-1972/  i Józefy z d. Tas /1912-2005/

Z listu do autora z 20.03.2005 r.

„Bardzo się cieszę że w swych poszukiwaniach m.in. dotarł Pan do mnie. Przede wszystkim pragnę Panu podziękować za to, że podjął się Pan ogromnego trudu odkopywania naszych korzeni. Im to odkopywanie głębsze, tym większą satysfakcja , bo ukazuje się wielkie bogactwo i głębia więc naprawdę warto. Osobiście jestem dumna ze swego pochodzenia, bo Czyszki to nie była taka sobie zwyczajna wieś. Wiem o tym z przekazów rodziców, ciotek, wujków i ludzi pochodzących z Czyszek bądź okolic. Ja chociaż urodziłam się w Sośnicy – wieś oddalona około 30 km od granicy – bardziej jestem związana z Czyszkami , które po raz pierwszy zobaczyłam dopiero w 2003 r. Cały czas wychowywana byłam w klimacie przedwojennym, w tradycjach przywiezionych z Czyszek, otoczona ludźmi stamtąd. Ach, długo by można o tym pisać... „

 Artykuł który ukazał się w Ogólnopolskim Magazynie Twórców .                

Podróż Prawie Sentymentalna...

Poranne godziny długiego czerwcowego dnia. Odprawa na granicy polsko-ukraińskiej na szczęście trwa krótko i autokar spokojnie kieruje się w stronę Lwowa. Ale nie on jest głównym celem dzisiejszej wyprawy Gdy go mijamy zaledwie ocierając się o peryferyjne dzielnice, w autokarze następuje ożywienie. Bo od Lwowa to już całkiem blisko... Uczestnicy wyprawy to przesiedleńcy z Czyszek i Winniczek, do których dziś, po blisko 60-ciu latach jedziemy. Wtedy, w 1945 roku nie odjechali zbyt daleko, ledwie kilkanaście kilometrów od granicy - Walawa, Sośnica... Mieli nadzieję, że szybko wrócą na swoje. Ale lata mijały i nic się nie zmieniało tylko ta szalona tęsknota, z którą trzeba było sobie radzić. Dawny świat powoli zapadał się w pamięci coraz głębiej, głębiej. Życie pobiegło nowymi ścieżkami. Czas przytępił ból. przyćmił pamięć, ale do końca nie zapomnieli. Komu pozwoliły siły i zdrowie, przyjechał dziś szukać swoich korzeni. Wyruszyli całymi rodzinami - prawdziwa sztafeta pokoleń, od ponad osiemdziesięcioletnich dziadków, po kilkuletnich wnuków. Mijamy pagórki i zagajniki tonące w bujnej zieleni. Ziemia tu urodzajna - czarnoziem. Teren falisty, poprzecinany strumieniami, jarami. pełen malowniczych łąk i gajów. Za którymś z wijących się jak wąż zakrętów, stara przerdzewiała tablica informuje: Czyszki. Serca biją coraz mocniej. Rozglądamy się z ciekawością. Połykamy zachłannie mieniący się zielenią, błękitem i złotem widnokrąg. Przyjazd tu po tylu latach to ogromne wydarzenie. Zaczynamy go od Mszy św. sprawowanej w tutejszym kościele. Stoi wysoko na wzgórzu strzelając w niebo wieżycami. Obok dzwonnica, okazała plebania i szkoła. Wszystko to choć okaleczone pazurem czasu jest, przetrwało i opowiada o dawnej świetności. Wchodząc do kościoła dotykamy wzrokiem, badamy - co jeszcze ocalało... Są: ławki, w których siadali nasi rodzice. dziadowie, stacje Drogi Krzyżowej, lichtarze, drzewce chorągwi, jest ambona, mosiężna wieczna lampka... Patrzymy na nic jak na święte relikwie. Kościół - obecnie dostosowany do obrządków grecko-kalolickiego i cerkwi prawosławnej - wydaje się krótszy, pomniejszony. Przed wojną sprawowali tu swoją posługę 00. Franciszkanie z pobliskiego Lwowa, którzy też byli właścicielami Czyszek na mocy darowizny poprzedniego właściciela Jerzego Strumiły. W 1920 w roku parafia obchodziła 500-lecie powstania. Z lej okazji nakładem Bractwa Czyszeckiego wydano książkę pt. Czyszki koło Lwowa autorstwa dr Antoniego Prochaskiego. W owym czasie kościół był pod wezwaniem Matki Bożej Różańcowej, której figura, choć podniszczona, przetrwała do dziś. Patronami parafii byli: św. Leonard; św. Antoni Padewski i św. Mikołaj cudotwórca. W 1915 roku był tu wikariuszem Sługa Boży Ojciec Wananty Katarzyniec. Bywał tu także Ojciec Maksymilian Kolbe. Korzystając z życzliwości tutejszego księdza ks. proboszcz Stefan Kołodziej - organizator dzisiejszej wyprawy — odprawia Mszę św. W homilii mówi o sile miłości, o bliznach wojny. Tak, to miłość przywiodła nas tutaj, bo ta prawdziwa jest zawsze wierna. Tylko ona jest zdolna pokonywać największe przeszkody. Po nabożeństwie śpieszymy na pobliski cmentarz. Tu także czas nic zdążył zatrzeć śladów. Z chaszczy i bujnych chwastów wystają szczątki nagrobków. Udaje nam się odczytać kilka epitafiów. Nazwiska jakże znajome: Antoni Łamasz lat 47, zmarły w 1933 roku; Adam Bartosiewicz lal 25. Zofia Lecyk... Ze wzruszeniem, z rozrzewnieniem zapalamy znicze, wypowiadamy słowa modlitwy. Wciąż szukamy świadków dalekiej przeszłości. Nie ma ich zbyt wielu: wyniosłe akacje, ogromna wierzba - sosny wycięte podobnie jak wokół kościoła i szkoły. O, gdyby te sędziwe akacje mogły przemówić, gdyby ta wierzba-staruszka mogła powiedzieć więcej niż tylko to, że wczorajsza burza przełamała na pół jej spróchniały pień! Żegnamy cmentarz, kościół, bo serca i myśli nasze niecierpliwie wybiegają już tam, gdzie rodzinny dom, gdzie zostało dzieciństwo, młodość, pierwsze kroki, pierwsza miłość... Autokar rozwozi nas w dwie przeciwne strony długiej, ciągnącej się kilometrami wsi. Starsi odgrzebują w pamięci dawny świat. Z trudem odnajdują obejścia, z których przed laty ich zabrano, bezdusznie podcinając korzenie pokoleń. Wyrokiem bez winy skazano ich na niepewny los. na poniewierkę, na wieczną tęsknotę. A śladów coraz mniej: tu ruina domu, tam stajnia - murowana z cegły, dlatego ocalała. Gdzie indziej studnia, ogromny krzak kaliny Wyznacznikami są rzeka dziś zamulona, zarośnięta, brudna: gościniec - dziś kamienisty; łąka - dziś pastwisko z liszajami ostów. Jest i Dąbrowa i horyzontem biegnie jak dawniej sąsiednia wieś. Nie ma górki - to zapewne robota spychaczy. Nie ma też drogi wzdłuż rzeki, którą Ukrainki z Podberezic szły na odpust, strojne we wstążki i korale. Nic udaje nam się sprawdzić co z karczmą, młynem, dworem i stawem. Ogranicza nas czas, męczy słoneczny żar. Przedwojenne Czyszki były bogate. Nigdy nikomu nie brakowało tu chleba. Ludzie pracowici, gospodami, troszczyli się o obejścia o ogrody, sady, pasieki. Dbali o rzekę, o drogę, o kościół. Pieczołowicie pielęgnował i tradycje, obyczaje. Odznaczali się wielkim patriotyzmem. We wszystko wkładali swoje serce, duszę... Dziś stoją tu duże murowane domy. Ale wokół jakby brak dbałości, gospodarskiej ręki, a może po prostu brak miłości? Przecież dzisiejszych mieszkańców Czyszek spotkał podobny los. Może ich serca zostały gdzieś daleko stąd. Mówią, że młodzi uciekają do miasta, a im starym brakuje już sił. Jestem tu po raz pierwszy. U rodziłam się już po wojnie, w Sośnicy. Czyszki znałam tylko z opowiadań. Dziś wielka konfrontacja wyobraźni z rzeczywistością, tą obecną, bo tamtego świata znanego z opowiadań rodziców już nie ma. Odszedł, jak odchodzą jego świadkowie. Stąpam po tej ziemi z wielkim uszanowaniem. Pamięć przywołuje Ojca, który witał każdy dzień spojrzeniem skierowanym na wschodnią stronę, gdzie Czyszki i Lwów... Teraz już rozumiem, wiem. Można było się rozkochać na zabój, na śmierć w tej kołysce łąk falujących zapachem i barwą. Można było serce zostawić w pobliskiej Dąbrowie, zgubić je w falach kryształowej rzeki, pełnej ryb i raków. Można było latami się spalać z tęsknoty i bólu do tej falistej dali ze wstęgami pól, do urodzajnej ziemi, która jak największa świętość...

Przemyśl  dnia 13.06.2003 r.

 

Tamten czas   wiersz napisany  w marcu 1996 r.

 

Mamie

 

Mówisz, że tamten czas

był uśmiechem Boga...

że nie ma takiej rzeki

i łąki jak w Czyszkach!

że teraz nie znaczą chleba

znakiem krzyża.

a poranki nie budzą się

w Godzinkach.

 

Mówisz, że bezpowrotnie

odpłynęła „Lwowska Fala",

a świat już się nie cieszy

jak „Szczepku" i ..Tońku".

że telewizja nie zastąpi

piosenki skowronka

i słowa płyną cierpkie

jak zdziczałe jabłka...

 

To nieprawda. Mamo,

że tamten czas umarł!

że zgasł

-jak oddech Ojca Wenancego,

-jak oczy Ojca Maksymiliana

on wciąż nas wypełnia,

wciąż oddycha,

modli się-

w sutannach Twoich wnuków,

zakwita

w moich wierszach...

 

03.1996

 

 

Odchodzisz

Matce

Odchodzisz...

powoli zmieniasz się w milczenie

na podobieństwo

poranków grudniowych

ubranych w chłodną biel...

 

Odchodzisz

w tobołku serca niesiesz

klejnot Lwowa

psalmy czyszeckich łąk kilka pytań

na które wiara machnęła ręką...

 

Odchodzisz...

zabierasz chustkę

z liliowym wianuszkiem

małe obrazki wielkich świętych

i ufną część

mojego świata...

 

02.2001

 

Zofia Chrąchol z d. Chwasta urodzona w Czyszkach w 1922 r. córka Stanisława Chwasty ur. w Czyszkach w 1903 r. i Katarzyny z d. Konopacka ur. w 1891 r.  Mieszkali w Czyszkach pod numerem 78 Wyszła za mąż za Kazimierza Chrąchola. Zdj. Zofia i Kazimierz 1998 r.

 

 

 

 

Wiersz  napisany w 1945 r. przez Zofię Chrąchol

 

Nie zapomnę nigdy tego co przeżyłam

Ranka pewnego, gdy matuś moja mi powiedziała

Żebym wstała i się ubierała

Była to rozpacz co nastąpiła

Żebym swe miasta rychło opuściła

I poszła precz na dalekie strony

Gdzie nie było tam mej chatki ulubionej

Te pola, lasy com ich żegnała

I Lwów me  miasto też opłakała

To piękne, urocze com opuściła

Żadna siła mi nie nagrodziła

Te piękne wzgórza i Ostra Brama

Strzeże dziś Lwów Matka kochana

O Matko co świecisz w Ostrej Bramie

Tyś żegnała naród polski wygnany

To błogosławieństwo Matki kochanej

Nie zapomni nigdy naród lwowski ewakuowany.

 

Wybrany fragment wspomnień Zofii Chrąchol w oryginalnej pisowni.

Wspomnienia liczą kilkadziesiąt stron rękopisu. Dokończenie wspomnień przerwała śmierć autorki.

 "Tata kupił radio to była taka mała puszka i taki przyczepiony do niej talerz. Co to było z tym radiem. Sąsiadki szybko doiły krowy i leciały słuchać audycji Tońka i Szczepcia a oni taki pletli banialuki że wszyscy się zaśmiewali. Dom był zawsze oblężony. Były 2 takie duży pół kwadratowe schody a taki był śmiech latem było dobrze. Na dworze przy ogródku ławeczka gorzej było zimą bo to nowy dom ojciec kuł buty to mu nie przeszkadzało ale się złościł bo tak długo siedziały w domu śmierdziało od nich krowami. Mama wietrzyła a czasem rzucała na ogień kadzidło albo wianuszki i mówiła kobiety myjcie się trochę bo nie idzie spać tak czasem czuć od krów. Ale im to nie przeszkadzało, nie gniewały się na mamę i mówiły Kasiu przeciesz  my ledwie na te audycję z tymi Szczepciami zdążymy ale gdy będziesz potrzebowała pomocy to my wszystkie razem ci gotowe pomagać. I tak mijały codziennie wieczory i tygodnie a w domu pełno śmiechu i radości z tej audycji asz pewnego wieczou a był to 1939 rok wakacje się już kończyły, mamusia u krawcowej uszyła mi do szkoły mundurek piękny, spódniczka układana w fałdy z marynarskim kołnierzykiem, na berecie lilijka harcerska  i szliśmy do Winnik do szkoły do gimnazjum zapoznać się ze szkołą i do kościoła. Już coś w radiu mówili że będzie wojna ale nikt nie chciał uwierzyć. Idziemy w Winnikach do kościoła pięknie parami a było nas dużo. Nasz dyrektor z Czyszek ze szkoły nakazał ażebym się jego trzymała z przecież ja znałam Winniki jak swoją kieszeń. Byłam mocno zdziwiona  ale rozkazu słuchałam. Pędzili nas do schronu, samoloty krążyły nad Winnikami. Strach nas obleciał wszystkich i każdy powtarzał wojna – wojna. Samoloty krążyły ale bomb na razie nie zrzucali tylko jeździł samolot i zrzucał zabawki – długopisy, cukierki. Zaraz przez radio ogłosili ażeby nic z ziemi nie podnosić bo były to miny które specjalnie rozrzucali.  Wróciliśmy do domu a mama mówi nie ma ojca zabrali do gminy nie będziemy nic robić, posiedzimy w domu do wieczora. Wieczorem jak zwykle kobiety się poschodziły a w radiu ogłaszają ogólna mobilizacje kilka roczników. Ojciec wrócił późno i opowiadał że kilku ich roznosiło karty mobilizacyjne.  Już nie było Szczepcia i Tońka w radiu, tylko smutne leciały wieści. Jak zwykle wszystkie babki się  zebrały modliły się , odprawiały różaniec św. płakały. Siedziały bardzo długo  nikt nie chciał iść spać a ktoś zawsze dochodził i mówił ten dostał kartę mobilizacyjną nasz sąsiad. Tata wrócił późno bardzo był zmartwiony ale jego rocznika nie brali. Siedzieliśmy na schodach, w ogródku był stół i ławki i pod ogródkiem długa ławka. To było ojca ulubione miejsce , tam zawsze wieczorem lubił siedzieć bo było dużo zawsze nasianej maciejki a dziś przyszedł usiadł głowę rękami objął i zapłakał. To był bardzo zły początek, była z nami taka babunia sąsiadka i w pewnym momencie przestała się modlić i woła – patrzcie ludzie na niebo było błękitne a na niebie duży krzyż ognisty. Wszyscy na kolana a ten krzyż się zmienił bo doszło jeszcze jedno ramię na krzyżu. Mówili że to jest krzyż ruski, po chwili na krzyżu był owinięty duży wąż . krzyż się zmienił i na końcu powstała duża miotła po dobrej chwili znikła na niebie. Niebo rozsiało się pięknymi gwiazdami. Byłam mała ale do dziś widzę niebo i to zjawisko taka wróżba i przestroga. Rano wstaliśmy, atmosfera okropna już od rana maszerowało polskie wojsko. Ciemno na gościńcu, kurz dławił a oni biedni maszerowali. Dawaliśmy im pić, jeść jabłka, wody a to biedactwo szło, ta nasza piechota Polska. Serce w boku się ściskało ludzi cała droga a była długa 12 km ciągnęła się. Wojsko mówiło ażeby mężczyźni się kryli i chłopcy bo oni niemcy strzelają. Więc mama uszykowała chleba i co miała ojcu i bratu pożegnali się i poszli. Nasze łąki ciągły się tzn. Czyszeckie asz pod Czyżyków. Okropnie niedobre wsie naokoło nas były. Nasi chłopy zgromadzili się na łąkach i małych zagajnikach i wszystko wiedzieli co im ukraińcy robią. Po 3 dniach wrócili do domu jak opowiadali jak cudem się wydostali z tej bandy. Strach obleciał całą wioskę. Żołnierze szli a oni banda rozbrajała, żołnierzy nie wiedzieli co się w koło nich dzieje. Zwykłych żołnierzy puszczali kazali im szybko uciekać a sama starszyznę tzn. generałów, majorów, poruczników zatrzymywali. Biedni myśleli że będą z nimi rozmawiali nie wiedzieli co banda chciała zrobić. Obstawili cekaemy dali łopaty i kazali kopać duży dół, musieli skakać do tego dołu i żywcem ich zakopywali sami swoi a banda stała strzelali tych tylko co uciekali. Płacz, lament, prośby nic nie pomagały byli bici kolbami gdy nie chcieli skakać do dołu. Mało kto się mógł uratować, ale byli tacy co zdążyli uciec, dotarli do naszych co się kryli blisko nich i po 3 dniach brat z ojcem i wszyscy z wioski uciekli. Dwóch generałów z ojcem przyszli do nas do domu co oni opowiadali, w głowie się to nie mieści. Byli przez bandę ukraińską żywcem zakopywani. Było kilka takich mogił , ziemia się długo unosiła i jęki wychodziły. Co z tatem uciekli mieszkali u nas może pół roku asz ze Lwowa dał im ktoś znać że nie mogą do Warszawy wracać, pomogli im się przedostać za granicę. Ojciec dostał taką kartkę bo w tajemnicy że są za granicą i za wszystko dziękują . Zostawili ojcu pistolety i lornetkę. Ruscy wyparli niemców daleko i sami zajęli Lwów. Co się działo to rzecz okropna ruski motłoch więził, mordował po więzieniach polska szlachtę. Była to rzeź niebywała zaraz do nich się przyłączyli ukraińcy i wydawali Polaków lekarzy. Uczoną szlachtę Polską wywozili na sybir i tam ginęli. Wywozili bogatych ludzi tych co pracowali na wysokich stanowiskach – policjanta córkę z mojej ławki w szkole zabrał ruski. Stali w Winniczkach w wagonach głodni, zmarznięci przecież były mrozy 34 – 36 stopni . Przy piersi zamarzł jej braciszek koło mamy. Musieliśmy chodzić jeszcze do 8 i 9 klasy. Było ruski, ukraiński i niemiecki. Dwa lata nam grozili że egzaminy będą ciężkie. Było przysposobienie wojskowe musieliśmy umieć strzelać z karabinu, rozebrać i złożyć karabin, jeździć na łyżwach i nartach. Było cięzko, egzaminy poszły fuksem, była duża powódź w Czyszkach i nie mogli się dostać – egzaminy przeszły. W gminie tata się dowiedział cichaczem że wydał go sąsiad i był zapisany na wywózkę do Rosji bo trzymał polskich generałów i ma broń. Boziu chleb mama suszyła, spaliśmy w ubraniach bo gdy koń przyjechał na takim kabłąku to było wiadomo że po kogoś przyjechali. Tan facet nazywał się Socha Kazik on tak wydał księdza proboszcza brata z żoną i dwojga dzieci i zabrali na sybir. Dużo naszych ludzi wywieźli i siedziało w więzieniach. Była bieda ani mydła ani cukru. Staliśmy całymi tygodniami ażeby dostać kilo cukru. Bieda biedę popychała i strach trzymał za gardło. Sniegi były 3 metrowe zaspy chodziliśmy odgarnywać. Gdzieś daleko było słychać strzały coraz bliżej coraz bliżej. Patrzymy a ruski uciekają jadą niemcy. Front się szybko posuwał niemcy ruskich przepędzili i tak pędzili ich daleko w głąb Rosji. Ale niemiec tam złamał kark nie wytrzymał mrozu a ruski  go popędził z powrotem . Dla nas nastała prawdziwa niewola chodziliśmy kopać okopy, bunkry dwa lata. Lwów był okopany 180 bunkrów połączonych okopami co dziennie chodziliśmy kopać a zima robić sągi do lasu. 2 dziewczyny dawał niemiec i musiałyśmy drzewo ściąć, oczyścić z gałęzi złożyć gałęzie w metry tak się nazywała stera drzewa gruby przecinać na części, rąbać i układać. Pięknie drzewo pękało wbijaliśmy siekierę a drugim klinem rozbijaliśmy, drzewo pękało tak łatwo a bo mróz 34 stopni a tak nauczył niemiec , to był ślązak było mu nas żal ja miałam 15 lat a Zosia co ze mną pracowała 21 lat i kim było robić. Dwóch niemców zawsze z nami szło a raz napotkali partyzantów naszych . Oni ich podeszli więc się nie spodziewali, myśmy uciekły do domów swoich a niemcy ze strachu nic nie mówili i więcej nas do lasu nie pędzili. Latem zabrali nas z trzydzieści osób plewić buraki a to było za ukraińską wioską w polu niemiec nas popędził szybko bo ukraińcy chcieli nas wybić. Nasza wioska była czysto polska nie było ukraińców, partyzantka dzielnie nas broniła a ukraińcy napadali. Proszę sobie wyobrazić w nocy bije dzwon na trwogę, gągi po całej wiosce dzwonią, to były lemiesze od pługów i bili w nie żelazem i było już wiadomo ażeby się kryć bo ukraińcy ruszyli do wioski ale Lwów nas dobrze bronił nie mieli szans ukraińcy.  Napadli na Hanaczów w jeden dzień zabili pomordowali całe rodziny 150 okropny mord a na drugi dzień to były święta Wielkanocne 75 rodzin uciekła do Czyszek. Pomogła im się wydostać partyzantka. Przywieźli chłopca co stał na warcie  nic się nie spodziewał, dali mu 16 noży i myśleli że nie żyje a on się zaczołgał w zboże i tam go matka znalazła. Przywieźli do Czyszek dwa miesiące goiły się rany ale serce nie wytrzymało i umarł. Ludzie którzy pouciekali, co przeżyli nie można się było nadziwić nie będę opisywać jak opowiadali w jaki sposób ukrainiec mordował. Niemcom to był raj że tylu Polaków ginie ale gdy napadli na niemców  powyrzynali ich jak świnie niemcy zaczęli się bać. Po zdobyciu magazynów z bronią  mieli się czym rządzić, ukrainiec nie patrzył czy to jest niemiec bo im nie o broń chodziło lecz o odzież. Rankiem w maju słyszymy  jak galopują konie jakimś cudem przedarli się przez wioskę i do Winnik a było ich z 50. Przyjechali do Winnik pod górę do lasu do niemców się zgłosili pomagać. Uzbrojeni po zęby ale niemcy się już ich bali wiedzieli czym pachną. Pięknie ich przyjęli konie kazali puścić do domu bo dostaną motocykle i nowa broń i ubrania.  A niemcy na ich gołych wypuścili psy  i wybili doszczętnie wszystkich. Trochę się uspokoiło nałożyli kontyngent, zabrali zboże, nie można było mleć młyny zamknięte gdy spotkali żarna co się męło nieraz widziałam jak gospodarz niósł żarna a niemiec go bił. Strach ukraińców , strach niemców bo robili łapanki i wywozili do niemiec na roboty.


 

Prof.dr hab. Janusz Woytoń   -  Wrocław

W związku w zamieszczeniem w prasie  notatki do czytelników o zgłaszaniu Panu ewentualnych informacji o Czyszkach mogę przekazać następujące wiadomości:

"Mój ojciec, Tadeusz Woytoń był przed wojną wizytatorem gimnazjalnym Kuratorium we Lwowie. W czasie wojny należał do AK i brał udział w konspiracyjnym nauczaniu i organizowaniu tajnych kompletów i matur. Ja jako młody chłopiec /12, 13 lat/ byłem często używany do przenoszenia w szkolnym tornistrze /uważano że jest to mniej podejrzane/ papierów konspiracyjnych, gazetek, maszyn do pisania, itp. Pewnego dnia zostałem poinformowany przez ojca, że jedziemy na kilka dni do Czyszek, ponieważ będą tam się odbywać tajne matury na plebani.. Po przyjeździe spotkaliśmy na plebani kilka osób – egzaminatorów których nazwisk nie pamiętam a maturzyści po kilkoro codziennie przyjeżdżali ze  Lwowa i po odbytym egzaminie odjeżdżali z powrotem. Po kilku dniach egzaminów maturalnych grono egzaminatorów również pojedynczo lub po dwie osoby powróciło do Lwowa. To wszystko co mogę powiedzieć o Czyszkach i udziale w krzewieniu polskości.

Z pobytem w Czyszkach łączy się jeszcze moje osobiste wspomnienie. Otóż mając dużo czasu kiedy ojciec był zajęty przy egzaminach maturalnych zwiedzałem stajnię, stodołę i inne zabudowania plebani. Zaszedłem również na dzwonnicę kościoła. Tam chciałem sprawdzić osobiście w jaki sposób dzwoni się „na alarm” (serce dzwonu musi uderzać w dzwon co drugi raz, a więc ma uderzać w jedną tylko ścianę dzwonu). Udało mi się to uczyni9ć , tyle tylko, że wielu rolników pracujących w polu jak mogło najszybciej przybiegło natychmiast do wsi. Księdzu, który w pierwszej chwili chciał mnie za to ukarać powiedziałem, że przecież poinformował mnie w pierwszym dniu mojego przyjazdu do Czyszek, iż „mogę tu robić co chcę”. Wobec takiego dictum została mi kara darowana. Piszę o tym ponieważ być może, ktoś sobie przypomni jak na głos dzwonu kościelnego wracał z pola do wsi lub przypomni sobie, że ktoś mu o takim zdarzeniu opowiadał.”


 

 

Władysława Hejdysz z d. Bartosiewicz

z listu  Leszno 2003                                                                                                               

„Moja mama Aniela opowiadała mi że pod koniec roku 1945 wieczorami napadano na domy Polaków  z broną w ręku. Dwie osoby wchodziły do domu nakazywały kłaść się na podłodze z twarzą do ziemi a reszta napastników rabowała dom.  Kiedyś podczas takiego napadu moja mama Aniela, babcia Anna Bartosiewicz i stryjek Tosiek /Antoni Bartosiewicz syn Anny/ leżeli na ziemi , drzwi pokoju były otwarte a ja Władysława leżałam w łóżeczku przy otwartych drzwiach, chora a było zimno. Stryjek Tosiek /Antoni/ zwrócił się do napastników cytuję -  „Panowie zamknijcie drzwi, bo dziecko jest chore”. Drzwi zamknęli ale stryjkowi dwa razy przestrzelili nogę poniżej kolana”

Spalono dom Anny Bartosiewicz z domu Pałka  pod nr. 79  i dom jej siostry Karoliny Pałki.

Kiedy babcia Anna wraz z rodziną wyjeżdżali / uciekali / z Czyszek  zabrali tylko to co zdołali uchronić od ognia, a było to niewiele, przeważnie święte obrazy, własnoręcznie tkane kilimy i drobne rzeczy. Z Czyszek Babcia z rodziną i większość ludzi wyjechała na początku 1946 roku. Dojechali do Sośnicy k/Przemyśla i tam zamieszkali, jednak banderowcy spalili Sośnicę i wtedy zamieszkaliśmy w barakach w Radymnie.  Jak wspominała babcia Anna  i Aniela Bartosiewicz  po tych przeżyciach postanowiły jechać dalej na zachód. Opornymi byli Jan i Antoni synowie Anny. Jak wspominała moja mama Aniela wyjechali na Dolny Śląsk i powrócili po dwóch tygodniach z woreczkiem dolnośląskiej ziemi, wysypali ją na stół mówiać „ chcecie jechać na te piaski, zostawić naszą urodzajna glebę a tam klepać biedę  to  jedźcie.

Po krótkim czasie jednak opuścili Radymno i udali się na zachód. Był moment że moja mama ze mną Władysławą miała jechać do Łodzi ponieważ ojciec Józef był na wojnie i te rodziny w których byli żołnierze były traktowane jako wojskowe. Jednak mama nie chciała opuścić rodziny i jechali razem na ziemię dolnośląską. Przybyli tam w czerwcu 1946 roku babcia Anna Bartosiewicz wraz z synem Janem i osiedliła się w Borkowicach w niedużej miejscowości o zabudowie folwarcznej w powiecie Trzebnica województwo Wrocławskie.  Osiedliły się tam również inne rodziny z Czyszek jak Zarzeczni, Moździerze, Broniccy, Marszałek i Bartosiewicze i inni których nazwisk nie pamiętam. Zamieszkały one w pałacu i kilku domach wielorodzinnych, posiadali wspólne stodoły i stajnie. Syn Anny, Jan zajął się prowadzeniem gospodarstwa i ożenił się z Reginą Moździerz urodzoną również w Czyszkach. Syn Anny i Dominika Bartosiewicz Antoni osiedlił się we Wrocławiu przy ulicy Opolskiej zajmując domek z zabudowaniami gospodarczymi i polem – były to przedmieścia miasta. Następnie ożenił się z Józefą Ryglowską urodzoną w Czyszkach. Syn Anny i Dominika, Franciszek Bartosiewicz po powrocie z wojny i szpitala jako inwalida bez nogimieszkał najpierw u brata Jana w Borkowicach a następnie prowadził przez krótki okres czasu ogrodnictwo na ulicy Opolskiej w pobliży zamieszkania swego brata Antoniego. Ożenił się z Czesławą Nakielską i zamieszkali we Wrocławiu przy ulicy Żeromskiego 41m 9.

Czwarty syn Anny i Dominika Bartosiewicz  Józef wraz żoną Anielą i córką Władysławą osiedlił się w Henrykowie późniejsza nazwa Pęgów w powiecie Trzebnickim województwo Wrocławskie gdzie zajął się krawiectwem i prowadzeniem gospodarstwa rolnego. Miejscowości Pęgów, Borkowice, Trzebnica , Oborniki Śląskie, Szewce, Uraz i Wrocław        –  to dawne Czyszki i inne miejscowości kresowe ponieważ tam osiedlili się ludzie z kresów.

W Pęgowie zamieszkały rodziny – Pucie, Ryglowscy, Kardele, Tasy, Patyki, Łamasze, Łakomscy, Michalewscy, Szymaszkowie, inni Bartosiewicze, Fijałkowscy, Łakomscy i inni.

W Pęgowie osiedliło wiele rodzin ze wschodu jak: Dyjaki, Antoszewscy, Michalewscy, Adamowicze, Wadowie, Turki, Kosela, Dmytrowscy, Gorgosz i inni.”

 

Henryk Bronicki                                 

list z 7.02.2005 r. :Trzebnica

„Mieszkaliśmy w Czyszkach na III Wulce. Rodzina nasza liczyła 7 osób tj. ojciec, matka oraz pięcioro dzieci w wieku od 1 roku do 13 lat. Posiadaliśmy nowo wybudowany dom i gospodarstwo rolne około 4 ha ziemi ornej. W roku 1945 nastąpiły deportacje na tak zwane Ziemie Odzyskane. Przed samym wyjazdem NKWD aresztowało mam ojca za przynależność Armii Krajowej. Wyjazd na Zachód spadł wyłącznie na barki matki i dzieci. Ojca aresztowano w lipcu 1945 roku i osadzono w więzieniu we Lwowie przy u. Łąckiego. Na naszą posiadłość w miesiącu sierpniu 1945 r. przybyli ukraińcy i musieliśmy jak najszybciej opuścić rodzinne strony, gdyż była to dość liczna rodzina, wszyscy w sile wieku. Zajęli nasz dom a my spaliśmy w stajni i stodole, a mama z młodszymi dziećmi w jednym pokoju w domu.. Wyjechaliśmy dopiero w październiku 1945 r. bo czekaliśmy na rozprawę sądową ojca i mieliśmy nadzieję, że wyjdzie z więzienia i pojedzie razem z nami .  Rozprawa w sądzie odbyła się w pod koniec września lub października 1945 r. i zasądzono ojcu 7 lat zesłania na Sybir. Nie mając wyjścia zmuszeni byliśmy opuszczać nasz dom,  nasze Czyszki, naszą ziemię, groby naszych dziadków i iść w nieznane. Pomagali nam w tym ukraińcy , którym zależało żebyśmy jak najszybciej wyjechali. Wywoził nasz dobytek ukrainiec który nazywał się Ilko Kitura trasą przez Winniczki – Ganczary – Dawidów do stacji kolejowej Sichów. Transport odbywał się wozem konnym tylko jeden raz dziennie , gdyż było tak  późno a jesienią zmrok zapada wcześnie. Powrót ze stacji odbywał się inną drogą przez las przez miejscowości Kopiatyn – II Wulka bo droga tą było dużo bliżej lecz była to droga bardzo wyboista tak że z ciężarami była nie do przejechania. W czasie powrotu ukrainiec Ilko kazał mnie położyć się na słomę na wozie i udawać niemego , bo mogą z lasu wyjść jego koledzy  z bandy UPA i nas zatrzymać co groziło mnie nawet zabiciem bo nie znałem języka ukraińskiego. Faktycznie po przejechaniu niewielkiego odcinka drogi wyszli do nas uzbrojeni mężczyźni , ale Ilko znał hasło i po wymianie zdań pojechaliśmy dalej. Inne zdarzenie miało miejsce w naszym gospodarstwie . Ojciec rodziny ukraińskiej, która przybyła na nasze gospodarstwo Stefan Kitura ostrzegł nas że w nocy przyjdą i zabiorą nam bydło i konie. Matka nie czekając długo wyprowadziła krowy i konie do sąsiedniej polskiej wsi Dawidów. W nocy spałem w stodole i zostałem obudzony przez  ukraińca , który mnie tylko  zbudził następnie wyszedł na podwórko i powiedział że gospodyni wyprowadziła bydło do Dawidowa. Na stacji kolejowej w Sichowie na podstawienie wagonów czekaliśmy kilka tygodni stojąc pod goły niebem a była to jesień 1945 roku. Podstawione wagony były niekryte a stłoczeni byliśmy po kilka rodzin w jednym wraz z bydłem i całym dobytkiem. Po przekroczeniu granicy w Medyce pociąg zatrzymał się w Radymnie i tam nastąpił rozładunek. Skierowano nas do miejscowości Sośnica, do miejscowości z której pochodzili ukraińcy, którzy zajęli nasze gospodarstwo w Czyszkach. Zimą 1945 na 1946 roku przeżyliśmy bardzo trudny okres. Brakowało żywności dla nas i bydła. Opał zdobywaliśmy kradnąc węgiel z wagonów kolejowych które bez przerwy jechały do ZSRR.  Wiosna 1946 roku żyliśmy w ciągłym strachu , bo wokół płonęły wioski palone przez bandy UPA. I stało się. % maja 1946 roku banda UPA napadła na Sośnicę i całkowicie ją spalono razem z naszym z dobytkiem jaki przywieźliśmy z Czyszek. Pełni trwogi i strachu opuściliśmy Sośnicę i wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane. Tu wożono nas od miejscowości do miejscowości. Najpierw do Rudnej Gwizdanów gdzie na stacji w wagonach spędziliśmy kilka tygodni. Następnie skierowano nas do Lubinia a stamtąd do Wrocławia aby w końcu wylądować w Trzebnicy gdzie mieszkamy do chwili obecnej. W roku 2003 wraz z rodziną odwiedziłem rodzinne strony – Czyszki. Jedna z żyjących córek Stefana Kitury  / ukraińca który z rodziną zajął nasze gospodarstwo w 1945 r.   / przypomniała mi o fakcie ostrzeżenia  nas  o zabraniu bydła przez UPA w 1945 r. co potwierdziłem że pamiętam dokładnie.”

 

Adam Kempa s. Andrzeja                    

  z listu  22.12.2004 r.

Już w 1939 r. w czasie okupacji sowieckiej dyrektor szkoły w Czyszkach nawiązał kontakt z organizacją podziemną we Lwowie. Miał pseudonim „Tomasz”. Ja będąc harcerzem i uczniem w szkole, po zaprzysiężeniu przez ”Tomasza” roznosiłem szyfry i gazetki do zaufanych ludzi, dowódców plutonów. W  lutym 1940 roku była pierwsza wywózka ludzi na Sybir. Zabrali wtedy zostali braciszkowie franciszkanie br. Izydor Urban i leśniczy Lubański. Posterunkowy Golonko Michał, który ukrywał się początkowo, po straszeniu że jak się nie ujawni to mu wywiozą rodzinę, ale i tak wywieźli wszystkich na Sybir. Po utworzeniu Armii Polskiej i wyprowadzeniu jej z Rosji żona Golonki wyjechała przez Irak do Ameryki. Okupacja w Czyszkach miała swe ofiary. Derkacz Marian zginął, gdy jechał z Biłki z meldunkiem AK. Dzięki silnej działalności AK bandy UPA bały się napaść na naszą wioskę.

Gdy w 1945 po aresztowaniach 13 mężczyzn i 5 kobiet, skazaniu ich i wywiezieniu na Sybir, ludzie zaczęli wyjeżdżać na zachód. Dyrektor szkoły zamieszkał w Piekarach Śląskich. Miał dwie córki Stelę i Alę. Ludzie zaczęli się osiedlać na ukraińskich wioskach koło Radymna i Sośnicy. Dopiero po spaleniu Sośnicy zaczęli wyjeżdżać na zachód i szukać domów.

Franciszek Kempa s. Szczepana                           

 w liście z 10.04.2005 r. Trzebnica

Materiały i wiadomości, którymi pragnę się podzielić są wynikiem zbiorowej dyskusji jaką prowadziłem z moim starszym rodzeństwem. To dzięki nim zachowały się niektóre dokumenty i zdjęcia naszej rodziny. Mieszkaliśmy w „miasteczku w domu rodzinnym dziadka Jana, który dziedziczył jego syn a nasz ojciec Szczepan Kempa. Z jednej strony sąsiadem był Stanisław Kempa /brat stryjeczny/, a z drugiej Anna i Dominik Bartosiewicz.

Rodzina Kempów jak zdecydowana większość rodzin była mocno zaangażowana patriotycznie. Los chciał że rodzice żyli w okresie największych wojen i ruchów  narodowościowych. (opis działalności Szczepana Kempy powyżej). Mama Karolina z domu Kardela córka Franciszka i Katarzyny z domu Bartosiewicz zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem sześciorga dzieci. Niezależnie od ogromu obowiązków domowych znajdowała czas na pracę w pobliskim kościele i na plebani. Wg wspomnień Stefanii Kempa po mężu Maciołek życie kulturalne mieszkańców Czyszek skupiało się wokół kościoła. Działał chór Kościelny /zdjęcie poniżej/ , Akcja Katolicka. Szkoła przygotowywała różnego występy zespołów klasowych z okazji świąt państwowych. Organizowany był pochód z okazji rocznicy bitwy pod Grunwaldem. Przemarsz pochodu rozpoczynał się od budynku gminy, a kończył pod kapliczką Matki Boskiej która stała na skraju dolnych Czyszek. Tu były śpiewy i deklamacje wierszy o tematyce patriotycznej. Działały również kółka samo kształceniowe. Dziewczęta zbierały się w kolejnych domach i uczyły się różnych prac ręcznych – robienia na drutach, haftowania, gotowania, pieczenia itp.

Nigdy nie zapomnę Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocnych mówi Zofia Kempa po mężu Kotlarz. Praca przy przygotowywaniu potraw wigilijnych była czymś nadzwyczajnym, unoszące się zapachy których nie da się opisać. Podstawowymi potrawami wigilijnymi w naszym domu były : kapusta z grochem, zupa grzybowa, gołąbki  z kaszy gryczanej, fasola jaś z kompotem z suszonych owoców, pierogi z kapustą i grzybami, kutia, barszcz czerwony.  Na Wielkanoc dom nasz był miejscem święceń pokarmów świątecznych. Trudno było oderwać oczy od widoku zawartości w koszykach  jakie stały na stołach, udekorowane pięknymi serwetkami własnoręcznie  haftowanymi, zielonym bukszpanem, całe szynki, kołacz i babka drożdżowa. Podczas przyjazdu księdza na poświęcenie brat Tadeusz z kolegami strzelali ze specjalnie zrobionych tzw. kluczy, używany materiał wybuchowy pochodził z demontażu naboi i pocisków.  Brat Jan Kempa będący w tamtym czasie ministrantem pamięta jak ksiądz Kwaśniak /franciszkanin/ przy pomocy męskiej części mieszkańców Czyszek zbudował w latach 1942-1943 na terenie gospodarstwa kościelnego wiatrak poruszany siłą wiatru. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jak na owe czasy wiatrak ten przy zastosowaniu odpowiedniego urządzenia wytwarzał energie elektryczną, którą oświetlany był kościół i plebania. Mnie jako najmłodszemu z rodzeństwa utkwił w pamięci obraz, kiedy  to po przejściu frontu w lipcu 1944 r. Wyszliśmy wszyscy całą rodziną z piwnicy która była usytuowana na tyłach domu pod ziemią , gdzie byliśmy ukryci przez 24 godziny i zobaczyliśmy że z naszego domu mieszkalnego i zabudowań gospodarczych zostały tylko zgliszcza, wszystko zostało spalone podczas trwającego frontu, który utrzymywał się właśnie w centrum miasteczka przez 24 godziny. Następny szok przeżyłem jak zobaczyłem zabitych żołnierzy leżących w bruzdach ziemniaków Anny Bartosiewicz. Również na drodze leżało bardzo dużo zabitych żołnierzy niemieckich i rosyjskich. Wrzesień 1945 r. opuszczamy rodzinne Czyszki. Osiedlamy się w Sośnicy koło Przemyśla. Na wiosnę 5.05.1946 r. wieś Sośnica zostaje spalona w 90 % przez bandy UPA. W pierwszych dniach czerwca 1946 r. przyjechaliśmy z całą rodzina do Trzebnicy koło Wrocławia, gdzie rozpoczął się nowy rozdział życia naszej rodziny. W dniu 15.04.1957 r. w bazylice św. Jadwigi w Trzebnicy zawarłem związek małżeński z Aliną Bahryn-Kamińską, kresowianką z Wileńszczyzny. Wychowujemy dwoje dzieci Dorotę i Grzegorza. Od Doroty doczekaliśmy się troje wnucząt – Sylwia, Emilia i Marcin, a od Grzegorza Katarzyna i Magda. Choć minęły lata, mimo przeżycia najwspanialszych z własną rodziną to jednak często wracam wspomnieniami do rodzinnych Czyszek, które mają jakaś dziwną moc, mają coś o czym nie można zapomnieć

 

Stanisław Łamasz                                          

 Sośnica Jarosławska 18.10.2005

Urodzony 31.10.1919 roku w Czyszkach syn  Jana Łamasza i Agaty z domu Łamasz.

 

Wspomnienia opisała siostra Stanisława, Ludmiła Łamasz.

 

Zabrali go sowieci i zmobilizowali do wojska  w kwietniu 1941 roku po Wielkanocy około 20 do Harkowa Bezludkowo. Wyjeżdżali ze Lwowa z Podzamczy. W ten sam dzień przyszli sowiety z lasu i znalazłszy jakaś stajnię położyli się do żłoba i tak przespali do rana. Zimno było okropnie a do zjedzenia nic nie było. Stali w sowieckim wojsku aż wybuchła wojna z niemcami. Wtedy wywieźli nas na Ural do Berezniki nad rzeką Kama. Tam ludzie strasznie głodowali i ginęli z głodu i zimna. Pozostało nas tylko trzech. Potem nas trzech  wysłali do Wojska Polskiego gdzie tworzyła się I i II dywizja. I wyjechała a my na ich miejsce przyjechali. A z tamtąd 31 grudnia 1943 przyjechali my nad Okę do pociągu gdzie się załadowaliśmy i przyjechali pod Smoleńsk tam gdzie był cmentarz polskich oficerów .Kazali wybierać delegację aby oglądać groby Polskich Oficerów których wymordowali niemcy. Nie można było iść bo było dużo śniegu i mróz wielki. Z tamtąd przyjechali my pod Berdyczów i tam my kwaterowali. W końcu marca 1944 roku przyjechali na Wołyńgdzie kwaterowaliśmy w spalonej wsi. Pod koniec lipca wojsko już było w Puławach nad Wisłą gdzie zostałem ranny .Kula przeszła mi między łopatkami i do dnia dzisiejszego ja mam – nie dałem jej operować bo może mi by się gorzej zrobiło – a tak z nią chodzę. Odesłali mi „Sobaki”i zaopatrzyli. Potem odesłali do polskiej jednostki i tam byłem dalej leczony. I tak do końca doszedłem tej wojny w roku 1945 8 maja skończyła się wojna. Dalej jeszcze służyłem w wojsku w Kielcach w 1946 w marcu przeszedłem do cywila. Dzięki Bogu żyję do tej pory.

 
Tadeusz Zarzeczny

 List z  2.04.2005 r.

„Urodziłem się  w Czyszkach  29.01.1927 roku. W roku 1928 zmarł ojciec. Matka wychowywała nas samotnie bez  narzekania.

Kościół  w Czyszkach był bardzo piękny jak z wewnątrz tak i na zewnątrz. Kościołem tym rządził ksiądz Wiktor Turek długoletni pasterz tej parafii, który zmarł  2 miesiące przed wojną. Do pomocy miał 2 księży bo parafia była bardzo duża. Obok kościoła stała szkoła powszechna 7 klasowa do której chodził pana ojciec i ja również . Kościół stał na górce a na dole była gmina . Wójtem był Krupa Leon , sekretarzem Bielecki Stanisław a sołtysem był Kempa Andrzej. Tak było do wojny. Kościół był  odwrócony plecami do miasteczka , tak nazywała się ta część Czyszek gdzie przed wojna był posterunek policji a trochę dalej mieszkali Bartosiewiczowie.

Czyszki to była typowo rolnicza wioska, ludzie pracowali od świtu do zmroku w polu i z tego żyli ale byli weseli i radośni. Trochę ludzi pracowało poza rolnictwem gdzie kto mógł ale wszystko za dobre pieniądze , tak że mógł żyć i rodzinę utrzymać jaj należy za zarobione pieniądze..... Gdy wybuchła wojna  byłem w 6 tej klasie gdy przyszli ruskie to dopiero się zaczęło na dobre wywózka na sybir, więzienia się zapełniły dlatego że byliśmy polakami. Przesyłam panu mapkę AK, gdzie był rozmieszczony 14 pułk w Czyszkach dla obrony ludności cywilnej przed  bandami UPA. Jest tam zaznaczony gdzie i jakie oddziały stały pod dowództwem. Są tam nazwiska wszystkich plutonów zbrojnego podziemia polskiego.”


 
Alojzy Trudzik        -   fragmenty wspomnień                                 

  Piaseczno, czerwiec 2005 r.

Czyszki, wieś mojego dzieciństwa, opuściłem jako 14 letni podrostek wraz z rodzicami i resztą rodzeństwa w ramach akcji przesiedleńczej późną jesienią 1945 r. Z tego też względu moje wspomnienia o Czyszkach polegają raczej na spostrzeżeniach, nielicznych faktach, jakie mogłem zapamiętać. Dużą część wspomnień zawdzięczam też mojej matce, która opowiadała mi o naszej wsi. Czyszki to zamieszkała przez Polaków wieś leżąca na wschód o Lwowa, o długości ponad siedmiu kilometrów, nad płynąca z zachodu na wschód rzeką Maruńką, zbierającą wody strumieni Wyżyny Podkarpackiej. Maruńka płynęła dalej do rzeki Połtew przepływającej przez Lwów, a ta z kolei wpadała do Bugu. Zachodnia część wsi graniczyła z Lwowem, północno-zachodnia z miasteczkiem Winniki, a południowa z polską wsią Winniczki. Kierując się na wschód, po przejściu dwóch kilometrów łąkami, przeciętymi trzema rowami melioracyjnymi, trafiało się do dąbrowy, w której rosły dęby o półtorametrowej średnicy oraz jesiony, buki i graby. Las ciągnął się na przestrzeni blisko czterech kilometrów i kończył się pod ukraińską wsią Podbereśce. Południowe granice wsi to rozległe pola uprawne, należące do mieszkańców Czyszek oraz do Mitrowic, kolejnej ukraińskiej wsi sąsiadującej z moją wioską.  Przez Czyszki przebiegała droga powiatowa ze Lwowa do Mitrowic, Czyżykowa i dalej na wschód. Była to droga gruntowa, na niektórych odcinkach była utwardzona tłuczonym kamieniem. Wczesną wiosną i późną jesienią ruch na niej ustawał ze względu na grząskie, błotniste odcinki, przebiegające przez okoliczne łąka. Natomiast latem, gdy droga była sucha i zimą, gdy była zamarznięta, transportowano nią płody rolne z pobliskich wsi. Wzdłuż Maruńki, po jej lewej stronie, była wydeptana ścieżka, po której odbywał się ruch pieszy i rowerowy. Nazywano ją „babel". Tą ścieżką ciągnęły całe gromady ludzi na targ do Winnik lub do Lwowa. Szli nią wszyscy, nie tylko mieszkańcy w naszej i pobliskich wsiach, ale także z wiosek położonych dalej na wschód, za Mitrowicami i Czyżykowem. Czyszki, siedziba gminy i sołectwa, podzielone były na obwody. Mieszkających w zabudowaniach między lasem i w jego sąsiedztwie nazywano wólczanami, a miejsca te Wólką I-szą, II-gą i III-cią. Wódczanie byli chłopami małorolnymi, posiadającymi od 3 do 5 hektarów ziemi, zajmowali się przede wszystkimi uprawą ziemi i sadownictwem, gdzie hodowali śliwy, czereśnie i grusze, natomiast sady jabłoniowe należały do rzadkości. Uprawiano także krzewy owocowe, w tym maliny, agrest, porzeczki. Natomiast pierwszą  wiosenną uprawą były truskawki. Dodatkowo kobiety i dzieci, z uwagi na bliskość lasu, zajmowały się zbieraniem runa leśnego. Wólczanie swoje zbiory sprzedawali na rynkach w Wirmikach i Lwowie, a wracając do domu pierwszy przystanek robili w gospodzie Lwów-Pasieki, co było już rytuałem, gdyż nawet kobiety wracające z bazarów przynosiły do domów „coś" do przepłukania gardła, lub towarzyszyły mężom w biesiadach. Ponadto, wólczanie byli niezastąpionymi drwalami, zajęcie to dziedziczono z ojca na syna. Poza tym, ze względów na niewielką odległość od cegielni we Lwowie-Sichowie, mężczyźni chętnie zatrudniali się w tych zakładach. Starsze pokolenie wólczan było w zasadzie analfabetami, jednak zdarzało się, że ktoś potrafił czytać druk. Wydaje mi się, że starsze kobiety nie potrafiły czytać nawet pisma drukowanego, a świadczy o tym wypowiedź macochy mojego ojca, która twierdziła, że księdzem nie będzie i to jej nie jest potrzebne. Natomiast mój ojciec przez trzy sezony, to jest wiosną i jesienią chodził do szkoły, potrafił zatem podpisać się i czytać, z upodobaniem czytał gazety. Z kolei mojego dziadka pisać nauczyła jego druga żona, sam więc mógł podpisywać akty notarialne i weksle. Kiedy wracałem od dziadka, przechodziłem w lesie przez górkę, która wznosiła się nad dworskimi stawami rybnymi. Dwór to folwark mający około 600 hektarów ziemi należącej do zakonu Franciszkanów. Przejść przez „dworskie" było wyzwaniem niebyłe jakim. Ta część drogi była zacieniona, wyboista i zabagniona. Od tego miejsca na odcinku około 2 km znajdowała się czwarta część Czyszek - Górzany. Tu mieszkali zasobni rolnicy, każdy z nich w czasie uwłaszczenia otrzymał 24 ha ziemi, tzw. „grunty", które z czasem były dzielone między kolejnych spadkobierców, przechodziły jako posag. Górzanie w swych gospodarstwach, z uwagi na dobrą ziemię, uprawiali cztery gatunki pszenicy: biała gładka, biała wąsata, czerwona gładka i czerwona wąsata, oraz niewielkie ilości żyta. Sadzono ziemniaki, buraki pastewne, siano koniczynę na paszę. Hodowano spore ilości bydła i trzody chlewnej. Górzanie pysznili się, że w ich części wsi mieszka dwóch inżynierów i dwóch księży franciszkanów oraz dwóch policjantów, którzy pełnili swoje powinności we Lwowie a także dwóch zawodowych szoferów taksówek. Tam mieszały też położne (akuszerki), pielęgniarki, ślusarze i elektrycy. Tak znaczny potencjał „zawdzięczali" niewielkiej odległości od Winnik i oczywiście od Lwowa. W Winnikach była duża fabryka tytoniu i papierosów, ubojnia zwierząt oraz chluba okolicy - murowany młyn na dwanaście walców, a obok siedmioklasowej szkoły powszechnej byty szkoła zawodowa, gimnazjum, liceum pielęgniarskie i liceum pedagogiczne. To było najważniejsze sąsiedztwo Górzan. Następna cześć Czyszek to tzw. „Miasteczko", gdzie było wydzielone targowisko, na którym dwa razy w roku - wiosna i jesienią - odbywały się targi trwające po trzy tygodnie. Targowisko przecięte było wspomnianą drogą powiatową, a od północy ograniczone rzeką Maruńką, która służyła też do spławiana wszelkich pozostałości po zakończonych targach. Na targi te zjeżdżano ze wszystkich stron, a handlowano wszystkim, co można było sprzedać. Sprzedawano: krowy, jałowiznę, konie, kozy, owce, króliki, kury, gęsi, kaczki, kożuchy, skóry, wyroby skórzane, uprząż, sita i przetaki, wyroby z drewna, w tym naczynia. Chyba było by łatwiej powiedzieć, czego nie sprzedawano. Handlarzami byli głównie kupcy żydowscy, ale też na targi przyjeżdżali kupcy z Austrii, Niemiec, Rosji. Wokół placu targowego były przechowalnie towarów i noclegownie. Stała tam także karczma, w której można było nie tylko zjeść, ale też opić okowitą lub „harakiem” ubity interes, albo po prostu przepić to, co się zarobiło. Przy targowisku osiedlali się także rzemieślnicy, w tym krawcy, szewcy, stolarze, kowale, rymarze. Mieszkała tam również elita wiejska, tj. pisarz gminny, kościelny, organista, akuszerka, pracownik cmentarza parafialnego. Wszyscy osiedlający się w „Miasteczku" otrzymywali, nie wiem, na jakich zasadach, plac pod budowę domu i budynków gospodarskich oraz od trzech do pięciu hektarów ziemi uprawnej. Winniki przed wybudowaniem drogi podkarpackiej i linii kolejowej do Tarnopola, były małą osada z młynem tabacznym i w zasadzie nie odgrywały większej roli. Jednakże położenie przy szlaku komunikacyjnym spowodowało, że w Winniki zainwestowano i rozbudowano młyny tabaczne w fabrykę tytoniu i papierosów, a stare młyny wodne zastąpiono nowoczesnym elektrycznym zlokalizowanym w pobliżu stacji kolejowej, wspomniana ubojnia bydła działała w oparciu o miejscową hodowlę. Zważywszy, iż przedsiębiorstwa te funkcjonowały przez cały rok Winniki przed II wojną uzyskały prawa miejskie i zmieniły swój charakter na przemysłowo-handlowy. Wchłonęły też znaczną cześć mieszkańców „Miasteczka" jako siłę roboczą. A czyszeckie targowisko przestało istnieć - przeszło do historii. W obrębie „Miasteczka", po stronie wschodniej, stał kościół parafialny pod wezwaniem św. Mikołaja i plebania - godna osób duchownych. Obie budowle murowane...................................

...............Prawdziwy rok szkolny rozpoczął się w naszej szkole dopiero w 1944 r., kiedy wyzwoliły nas wojska radzieckie. Dla nas uczniów był to wspaniały rok, zaprzestano bombardowań, zakończyły się wrogie akcje Ukraińców przeciwko ludności polskiej, łatwiej było o jedzenie i skromny przyodziewek. Przestaliśmy się bać. A rozpoczęty l września 1944 r. zapowiadał się wspaniale, dyrektorem szkoły została pani Karzyńska, która skupiła wokół siebie wspaniałe grono nauczycielskie: panią Stefanię Łoś - studentkę uniwersytetu lwowskiego i pana Bartosiewicza. Wszyscy wywodzili się z Czyszek. Ponadto nauczycielkami zostały dwie studentki ze Lwowa, jedna z nich uczyła matematyki, a druga  niemieckiego. W szkole kontynuował pracę także pan Janusz (nazwiska nie pamiętam) oraz pani Łapkowa. W gronie nauczycielskim pracowała też Ukrainka, która uczyła swojego ojczystego języka. Do tej pory wspominam tę nauczycielkę z ogromną sympatią i przykro mi, że nie pamiętam jak się nazywała. To, co jest dobre i przyjemne, nie zawsze przyjemnie się kończy. W maju 1945 r. siedziałem w ławce szkolnej, kiedy usłyszałem bicie dzwonów i wycie syreny w fabryce tytoniu. Do klasy weszła pani dyrektor i powiedziała nam, że w ten sposób oznajmiają zakończenie wojny, i że armia niemiecka została pokonana. Wielka radość, wręcz euforia, łzy szczęścia - trwało to tylko jeden dzień. Następnego dnia nauczyciele poinformowali nas, Polacy muszą wyjechać do Polski, albo podpisać obywatelstwo ZSRR............................................................

.................Wójt, proboszcz oraz franciszkanie postanowili przeciwdziałać szerzącemu się alkoholizmowi. Podjęta akcja była szeroko zakrojona, organizowano misje, a księża misjonarze grozili niedopuszczeniem takich grzechów za życia. Działania te przyniosły pożądane efekty, obroty w karczmach zmalały, a skala pijaństwa jednak zmniejszyła się. Oczywiście karczmarze usiłowali temu zjawisku przeciwdziałać, ale autorytet i wpływ kościoła na miejscowych był jednak duży, tak więc ich przedsięwzięcia były mało skuteczne. Doszło zatem do tego, że w przeciągu dwóch lat karczmarze polikwidowali swoje interesy i wyprowadzili się z Czyszek. O tym jak ważkim problemem była walka z alkoholizmem świadczy fakt, iż przedsięwzięcia profilaktyczne prowadzono także w szkole, gdzie nauczyciele uświadamiali uczniom złe skutki pijaństwa. Oczywiście tego problemu alkoholizmu nie udało się zwalczyć skutecznie, jednak prowadzone działania przyniosły pożądane skutki, udało się opanować skale szerzącego się pijaństwa. Prężną organizacją w Czyszkach było także koło gospodyń wiejskich, którego sercem i mózgiem była zwana po czyszecku Mania Kempicha. Mariana Kempy, żona naszego kowala i sołtysa, pochodziła z Winnik z rodziny tamtejszego piekarza. Była to osoba mądra, przewidująca i przedsiębiorcza. Z wykształcenia była położną i z jej to inicjatywy we wsi były prowadzone pogadanki dotyczące ochrony zdrowia i higieny. Była też prekursorką przetwórstwa warzyw i owoców, wprowadziła modę na dżemy z wiśni, śliwek, uczyła wekowania owoców.

 

Wspomnienia Pauliny Łamasz  opisane przez Jadwigę Grzelak i Adama Łamasz  na podstawie opowiadań  /córki i syna Mariana i Albiny Łamasz/

Babcia Paulina Łamasz pochodziła z wieloletniej rodziny. Była drugim dzieckiem Kazimierza Łamasza syna Józefa i Bronisławy z d.  Moździerz. Urodziła się 26.06.1905 r. w Czyszkach. Babcia Bronisława miała dwie siostry Maria po mężu Lecyk i Paulina po Mężu Szywała, brata Grzegorza , którego syn Wawrzyniec ożenił się z Rozalią z domu Bartosiewicz. Pradziadek Kazimierz Łamasz miał dwie siostry rodzone: Magdalena po mężu Bartosiewicz – matka Rozalii i Rozalia po mężu Pałka oraz liczne rodzeństwo przyrodnie. Pradziadek Józef Łamasz był trzykrotnie żonaty. Babci Pauliny rodzeństwo to starszy brat Kazimierz , młodszy brat Marian, siostra Regina, brat Czesław, Jan i siostra Jadwiga.  Dom rodzinny znajdował się na III Wólce. Mama babci Pauliny czyli prababcia Brońcia pracowała w Fabryce tytoniu w Winnikach. Natomiast pradziadek Kazimierz zajmował się ciesielką i stawiał domy. Babcia będąc jeszcze młodą dziewczyną jako najstarsza z rodzeństwa zajmowała się prowadzeniem domu i sprawowała opiekę nad rodzeństwem. Opowiadała że w wieku 16 lat upiekła swój pierwszy doskonały chleb, gdzie upieczenie chleba było nie lada wyczynem. Natomiast w czasie żniw chodziła pracować do folwarku. W wieku 23 lat wyszła za mąż za Kacpra Łamasza z I Wólki . Ślub zawarty został 28.04.1928 r. w Czyszkach. Rodzicami Kacpra byli Józef syn Michała i Marii z domu Szymaszkiewicz. Dziadek Kacper posiadał 3 siostry: Tekla – zmarła jako dziecko, Zofia po mężu Zarzeczna, Michalina – panna i Teresa po mężu Lecyk.

I Wólka liczyła 40 domów. Położenie Wólki pagórkowate. Niedaleko  babci i dziadka Kacpra mieszkali Lecyk Karol, Łamasz Kazimierz i Stefania za rzeką na górce za Lecykami mieszkali : Tas Władysław, Zagórny Michał, Wrzeciono, Tas Józef, Szczyrko, Michalewski, Turkiewicz, Bembnowicz, Hołub, Paciuszyński, Kożuszek Tadeusz, Rabija a pod lasem Boruta, za polem naprzeciwko Kamieniecki. Przy folwarku w Czyszkach mieszkali Bembnowicze i Tasy. Na górnej Wólce Gółek, Lecyk Jan, Trudzik, Tas, Lecyk Franciszek, Szczyrko, Tas Kazimierz, Drągowski, Szywała. Przy stawiskach mieszkali: Tas Tadeusz, Boruta, Łakomski i Woźny. Gospodarstwo dziadka to: duży dom wyróżniający się z pośród pozostałych , był murowany z cegły, pokryty dachówką, stajnia, warsztat stolarsko-murarski, stodoła  i młocarnia  oraz duży ogród z jednej strony od Lecyków i sad od strony rzeki. Dziadek Kacper był murarzem, przygotowywał wszelkie elementy budowlane służące do budowy domów  tj. okna, drzwi a robił to w okresie zimowym. A w sezonie letnim zatrudniał ludzi jako pracowników  przy wszelkich pracach budowlanych. Jako mistrz budowlany organizował i prowadził budowy budynków mieszkalnych i gospodarczych. Wraz z teściem Kazimierzem Łamaszem i szwagrem Ludwikiem Łamaszem postawili wieżę kościelną kaplicy w majątku Franciszkanów oraz przebudowali plebanię w Czyszkach.

 Dziadek Kacper w  czasie I wojny światowej służył w armii austriackiej , natomiast po wojnie pracował w Niemczech gdzie zdobył doświadczenie budowlane a także w zakresie wprowadzenia nowych urządzeń w gospodarstwie rolnym i domowym.  Z opowiadań babci wynikało że dziadek jako pierwszy zaczął stosować kosę do żęcia zbóż, przez co naraził się pozostałym gospodarzom którzy używali sierpów, nawozy mineralne dozowane łyżką pod kapustę, buraki. Upowszechnił też  uprawę lucerny jako roślinę pastewną dla bydła. Choć ziemi nie posiadał dużo, zaledwie 6 morgów dziadek starał się ulżyć ciężkiej pracy na roli dlatego zainstalował kierat i maszynę młócącą. Z urządzeń domowych wykonał tzw. pralkę – była to beczka na nóżkach w której za pomocą korby i przekładni napędzano łopatki piorące tkaniny. Dziadek wykonał też mebel zwany szlabanem- był to sprzęt domowy będący już w niektórych domach, służący w dzień jako ława a na noc rozsuwany. Prowadził sad i sam szczepił drzewa czereśnie. Babcia Paulina raczej sama zajmowała się pracami w gospodarstwie. Nosiła przez 7 kilometry a czasem woziła owoce, mleko i produkty mleczarskie na sprzedaż do Lwowa. Prowadząc gospodarstwo wykazała się też inicjatywą i zorganizowała wykopanie głębszej studni. Powiększając gospodarstwo dziadek wybudował stodołę wraz z dużym warsztatem kryte blachą. Odkupił od swej siostry Zofii Zarzeczny i pani Ernestyny Schaffer 2 parcele.  Zwyczaje  związane z ze świętami Bożego Narodzenia to kolędnicy chodzący z świecącą szopką na kiju w pierwszy dzień świąt. Na nowy rok chodzono z kolorową banią też ze świeczką w środku i umieszczoną na kiju i śpiewając pieśni.  Podczas nocy sylwestrowej ściągano bramy i chowano a w drzwi rzucano butelkę oraz malowano sadzą okna w domach gdzie były młode dziewczyny. Na Trzech Króli chodzono z kręcącą się oświetlona gwiazdą. Urządzano zabawy po domach lub na świeżym powietrzu latem.  Dziadkowie posiadali dwóch synów Józefa urodzonego 1929 r. i Mariana urodzonego w roku 1931. Gdy wybuchła II wojna światowa dziadek został powołany w II turze jako rezerwista. Nie zdążył wziąć udziału w walkach gdyż wojsko lwowskie zostało ewakuowane. Lwów w tym czasie był atakowany przez niemców i rosjan.  Zaczął się terror sowiecki, wykorzystywanie ludzi i wywózki na Sybir. Wywożono w pierwszej kolejności legionistów, leśników i policjantów z rodzinami. Osobistym doświadczeniem babci było uniknięcie nagłej wywózki – gdy stała w długiej kolejce po cukier została uprzedzona przez znajomego kolejarza. Za rządów sowieckich rekwirowano zboże, ziemniaki a nawet warzywa wydając kwity bez pokrycia. Wkroczenie armii Niemieckiej na tamte czasy zmieniło trochę sytuację ludzi. Początkowy negatywny i pogardliwy stosunek do Polaków zastępowało ludzkie podejście do miejscowej ludności w miarę wspólnego zamieszkiwania. Z tamtego okresu babcia dosyć dobrze wspominała żołnierzy niemieckich stacjonujących w I Wólce. W sadzie babci były stanowiska artyleryjskie. Niemcy dokarmiali obu małych synów babci i rodzinę pani Marysi Bednarz, która pomagała im w obieraniu ziemniaków.  W kwietniu 1944 babcia przygarnęła pod dach panią Marię Bednarz wraz z małymi dziećmi . Rodzina ta pochodziła z Hanaczowa gdzie ukraińcy dokonali rzezi na Polakach. W lipcu 1944 r. wycofali się niemcy i zaczęły się rządy rosjan. Wszystkich młodych mężczyzn nie pracujących zwerbowano do wojska.  Dziadek był zdemobilizowany gdyż pracował mimo choroby. I pewnego0 dnia gdy nie wstawił się do pracy to NKWD przyjechało po niego, lecz wcześniej babcia zawiozła dziadka do szpitala i uzyskała zaświadczenie o poważnej chorobie. Babcia wspomagała swoją rodzinę i innych biednych ludzi. Wykupiła z rąk NKWD swoją mamę. Na początku września 1945 r. wyjechała pani Marysia Bednarz  a na początku listopada 1945 wyjechali dziadkowie wraz z innymi mieszkańcami Wólek, Czyszek i Winnik. Osiedlili się w Sośnicy i świętym lecz po krótkim pobycie zostali spaleni przez bandy UPA Dziadek po poparzeniach i nasileniu choroby zmarł i został pochowany na cmentarzu w Radymnie. Na ziemie odzyskane babcia przyjechała w maju 1946 roku i zamieszkała w Trzebnicy u   Zarzecznych a po zrobieniu remontu przeniosła się z synami do mieszkania czynszowego obok. Dorastający starszy syn Józef pracował i uczył się wieczorowo w Liceum Trzebnickim. Młodszy syn Marian też się uczył i zaczął pracować w Powiatowym Zarządzie Drogowym. Odbył wojskową służbę zastępczą w szeregach Służbie Polsce. Ożenił się z Albiną z domu Nastowska i to są nasi rodzice. Józef odbył 3 letnią służbę wojskową w czołgach i później poszedł do Szkoły Oficerskiej Wojsk Lotniczych w Dęblinie. Został wykładowcą i instruktorem pilotażu śmigłowców. Dosłużył się stopnia kapitana. Zmarł tragicznie w 1968 r.  Natomiast babcia Paulina po sprzedaniu inwentarza i zrzeczenia się pól zaczęła pracować w Sanatorium Dziecięcych chorób Kończyn jako opiekunka.  Po uzyskaniu emerytury babcia nadal pracowała na działce uprawiając ogródek. I mimo upływu lat była bardzo sprawna fizycznie i umysłowo. Zmarła nagle w wieku 90 lat w 1995 roku.

 


 

 


 

powrót do pierwszej strony